Tajemnice zamachu na Hitlera


Hitler w "Americe"

Nigdy nie udało się zamachowcom dopaść Führera, chociaż takie próby podejmowali nie tylko Niemcy. Polacy polowali zwłaszcza na jego pociąg specjalny.

Była noc z poniedziałku 8 na wtorek 9 czerwca 1942 roku. Na torze przy jednym z peronów stacji w Dirschau stał gotowy do odjazdu pociąg pospieszny relacji Königsberg-Berlin przez Elbing, właśnie Dirschau, Konitz, Schneidemühl, Kreuz, Landsberg i Küstrin (Elbląg, Tczew, Chojnice, Piłę, Krzyż, Gorzów Wielkopolski i Kostrzyn). Wsiadali jeszcze ostatni pasażerowie, gdy na semaforze zapaliło się zielone światło. Po chwili, w kłębach pary i dymu, lokomotywa pociągnęła długi skład wagonów w mrok krótkiej, czerwcowej nocy. Tuż za parowozem jechały wagony: pocztowy i bagażowy, a dalej różnego typu wagony pasażerskie, których widok przyprawiłby o zawrót głowy każdego miłośnika starych kolei. Minęła niespełna godzina od wyjazdu pociągu z Tczewa. Z prędkością 80-90 kilometrów na godzinę minął on uśpioną stacyjkę w Borach Tucholskich Hochstüblau (Zblewo), pędząc ku swemu przeznaczeniu…

430 ofiar? Sensacje brytyjskiej prasy…

22 lipca 1998 roku Brytyjczycy ujawnili kolejną partię dokumentów ze swych tajnych archiwów. Dotyczyły one działań wywiadu brytyjskiego przeciwko Trzeciej Rzeszy w latach drugiej wojny światowej. Mowa w nich była między innymi o podejmowanych przez Wydział Operacji Specjalnych próbach zamachu na życie Adolfa Hitlera. I niejako przy okazji w dokumentach tych wspomniano o brytyjskim wsparciu akcji, którą jesienią 1941 roku przeprowadził polski ruch oporu. Wtedy to – według ujawnionych dokumentów – polscy partyzanci polowali na pociąg specjalny Hitlera pod kryptonimem „Amerika”, który w drodze do i z mazurskiej Kwatery Głównej Führera koło Rastenburga (Kętrzyna) przejeżdżał przez ziemie okupowanej Polski. Do zamachu miało dojść między miejscowościami Freidorf i Schwarzwasser, gdzie zaminowano tor kolejowy. Ładunek odpalono tuż pod kołami lokomotywy, która ciągnęła jednak nie pociąg Hitlera, a puszczony na tę trasę pociąg pospieszny z Königsbergu do Stettina (z Królewca do Szczecina). Według dokumentów brytyjskich, zginęło wówczas 430 Niemców, a naprawa linii kolejowej trwała dwa dni.

Artykuł w „Sunday Times” z 26 lipca 1998 roku, opisujący ujawnione przez Brytyjczyków materiały, wywołał konsternację wśród polskich historyków. Nikt z nich nigdy nie słyszał o wykolejeniu przez Polaków pociągu z Królewca do Szczecina jesienią 1941 roku gdzieś w okolicach Schwarzwasser. Na niemieckich mapach Pomorza znaleziono taką miejscowość, która w latach międzywojennych leżała na terytorium Polski. To Czarna Woda między Czerskiem a Starogardem Gdańskim w Borach Tucholskich. Wywiad brytyjski podczas wojny uzyskał – najprawdopodobniej od agend rządu polskiego na wychodźstwie – wielce nieprecyzyjną, ale w części przynajmniej prawdziwą informację. Oto bowiem leży przede mną kserokopia niemieckiego ogłoszenia, oferującego 250.000 marek nagrody temu, który udzieli informacji o sprawcach wykolejenia pociągu pospiesznego relacji Königsberg-Berlin 9 czerwca 1942 roku na trasie Dirschau-Konitz. Na tej trasie leży Czarna Woda.

Śmierć Reinharda Heydricha

4 czerwca 1942 roku Adolf Hitler na kilka godzin opuścił Wielkoniemiecką Rzeszę, co w tym czasie zdarzało mu się niezmiernie rzadko. Führer udał się bowiem do sojuszniczej Finlandii na obchody 75. rocznicy urodzin marszałka Carla Gustafa von Mannerheima. W salonce jego pociągu specjalnego spotkał się z jubilatem i towarzyszącym mu prezydentem Finlandii Risto Heikki Rytim, po czym odleciał do „Wilczego Szańca”. Gdy opancerzony i silnie uzbrojony czterosilnikowy Focke-Wulf wzbił się w powietrze, Hitlerowi zameldowano, że w szpitalu w Pradze zmarł szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) i pełniący obowiązki protektora Czech i Moraw, Obergruppenführer SS Reinhard Heydrich. Nie znamy jego reakcji na tę wiadomość, ale zapewne się jej spodziewał. Raniony 27 maja w zamachu przeprowadzonym w Pradze przez wyszkolonych w Wielkiej Brytanii patriotów czeskich i słowackich, Heydrich umierał przez tydzień. Dziś wiemy, że mogły go uratować antybiotyki, ale takim lekarstwem Niemcy wówczas nie dysponowali. Można domniemywać, że już następnego dnia, czyli 5 czerwca, służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo Hitlera poinformowały dyrekcję Kolei Rzeszy, iż w najbliższych dniach pociąg „Amerika” przejedzie z Prus Wschodnich do Berlina, gdzie Führer weźmie udział w pogrzebie szefa RSHA. Wszczęto normalną w takich przypadkach procedurę podwyższonego stanu bezpieczeństwa na kilku alternatywnych trasach przejazdu pociągu specjalnego.

Nadzwyczajne środki ostrożności

Wybór konkretnej trasy następował w ostatniej chwili, ale już wcześniej Koleje Rzeszy otrzymały informację, że „Amerika” przejedzie w nocy z 8 na 9 czerwca 1942 roku. I taka informacja dotarła też do Polaków, w mundurach niemieckich kolejarzy pracujących na pomorskich stacjach w tych miejscowościach, które do września 1939 roku leżały na terytorium Polski. Choćby w Kościerzynie, która podczas wojny nosiła nazwę Berent. Jednym z nich „był kapitan Stanisław Lesikowski, pseudonim „Las”, pracownik kolei niemieckiej na stacji Kościerzyna. Zastępcą (faktycznie podwładnym Lesikowskiego – przyp. L. A.) był kapitan Jan Szalewski, pseudonim „Sobol”, który był równocześnie komendantem oddziału partyzanckiego „Szyszki”, operującego w Borach Tucholskich. Lesikowski pozostawał w ścisłym kontakcie ze znajomymi kolejarzami – Polakami, pełniącymi przez cały czas okupacji funkcje na administrowanych przez hitlerowców szlakach kolejowych. Z ich szeregów utworzył własną, precyzyjnie działającą siatkę wywiadowczą. W czerwcu 1942 r. dowiedział się, że policja hitlerowska na szlaku Chojnice-Czersk podjęła nadzwyczajne środki ostrożności. Był to ważny odcinek wielkiej linii kolejowej Berlin-Królewiec. Wszystko wskazywało na to, że w nocy z 8 na 9 czerwca 1942 roku linią tą przejeżdżać będzie pociąg specjalny Adolfa Hitlera” – czytamy w wydanej w 1978 roku przez Toruńskie Towarzystwo Kultury książeczce Alojzego Liegmanna „Szlaki pomorskich kolejarzy”.

Krzyki przerażonych hitlerowców

Zadanie wykolejenia pociągu „Amerika” między stacjami Zblewo i Kaliska otrzymał oddział partyzancki dowodzony przez kapitana Szalewskiego. „Rozkręcono szyny – czytamy u Liegmanna – sami zaś partyzanci ukryli się w pobliskich zaroślach. Zgodnie z rozkładem jazdy, na tor wtoczył się długi pociąg. Nastąpił łoskot wyskakujących z szyn i najeżdżających na siebie wagonów. W chwilę później rozległy się krzyki przerażonych hitlerowców wyskakujących z uszkodzonych i rozbitych wagonów. Z okolicznych krzewów odezwały się karabiny i pistolety maszynowe ukrytych partyzantów, rażąc skoncentrowanym ogniem Niemców. Po zażartej walce partyzanci wycofali się do swoich kryjówek. Wywiad doniósł, że w czasie akcji z szyn wyskoczyło kilkanaście wagonów, z których kilka zostało całkowicie zniszczonych”. Tyle Alojzy Liegmann, który w „Szlakach pomorskich kolejarzy” nie podał przynależności organizacyjnej partyzantów z oddziału „Szyszki”. Do tych wydarzeń dwadzieścia lat później wrócił Stanisław Majewski w artykule „Akcja pod Strychem. Polski zamach na Hitlera”, opublikowanym w tygodniku „Polityka” (numer 37 z 1998 roku). Według niego, partyzanci ci działali w szeregach Tajnej Organizacji Wojskowej „Gryf Pomorski”, która nie wchodziła w skład struktur konspiracyjnych ZWZ-AK i dopiero po rozbiciu „Gryfa” przez Niemców na początku 1944 roku, część jego oddziałów partyzanckich podporządkowała się dowództwu Armii Krajowej.

Jaką trasą jechał Führer

Wróćmy jednak do tamtej czerwcowej nocy 1942 roku, by przedstawić opis zamachu według Majewskiego: „Grupa dywersyjna wykonała zadanie precyzyjnie. Przepuściła parowóz pchający wagony z piaskiem – wyprzedzające pociąg specjalny. Dopiero kiedy z ciemności wynurzył się skład główny – iskra pobiegła do detonatorów. Rozpoczęło się piekło. Życie straciło ponad 300 oficerów z SS-Leibstandarte. Jednakże – jak później ustalił wywiad ruchu oporu – salonka z Hitlerem odłączona została w Malborku, gdzie był on podejmowany na zamku krzyżackim przez gauleitera Alberta Forstera. Hitlerowcy w odwecie osadzili ponad sto osób w obozie koncentracyjnym Stutthof”. Różnice w opisie tej samej akcji są widoczne gołym okiem. Według Liegmanna, pociąg wykolejono nie za pomocą ładunku wybuchowego, ale przez rozkręcenie szyn. Ponadto Majewski błędnie założył, że partyzanci rzeczywiście zniszczyli pociąg specjalny Hitlera, od którego odczepiono tylko jego salonkę. Tego nigdy nie praktykowano. Pociąg „Amerika” (od 1943 roku „Brandenburg”) był integralną całością. Nie podróżowało nim też nigdy 300 osób. Wszyscy jego pasażerowie, łącznie z ochroną i obsługą działek artylerii przeciwlotniczej, to około 150 osób. Wprawdzie nieznana jest liczba ofiar śmiertelnych zamachu z 8 na 9 czerwca na – podkreślmy to wyraźnie! – pociąg pasażerski relacji Königsberg-Berlin, to również liczba ponad 300 (i do tego jeszcze samych oficerów z SS-Leibstandarte Adolf Hitler) jest mocno zawyżona. Biorąc pod uwagę nawet chaotyczny ostrzał zniszczonych wagonów, zabitych i rannych nie było więcej niż 100, w sporej części zresztą cywilów. Jedno wszelako jest pewne. 8 czerwca Hitler przebywał jeszcze w „Wilczym Szańcu”, a następnego dnia przewodniczył w Kancelarii Rzeszy w Berlinie uroczystościom żałobnym po śmierci Reinharda Heydricha. To, jaką trasą Führer pojechał wtedy do Berlina, do dziś pozostaje zagadką.

Koło wioski Strych między Zblewem i Kaliską doszło nie tylko do wykolejenia pociągu pospiesznego, ale do czegoś więcej. Oto bowiem ponad dwa lata później, 27 września 1944 roku, do inspektora Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa SS na okręg Rzeszy Danzig-Westpreussen (Gdańsk-Prusy Zachodnie) wpłynęło pismo oficera Abwehry informujące, że za dezercję z Wehrmachtu i udział w zamachu na życie Führera skazano na śmierć i powieszono kolejarza Maksymiliana Drobińskiego. Podczas przesłuchania, najprawdopodobniej połączonego z torturami, Drobiński przyznał, że uczestniczył w akcji pod Strychem, co Niemcy zaliczyli do próby zamachu na życie Hitlera. I całkiem słusznie, ponieważ zamiarem partyzantów było właśnie zniszczenie pociągu Führera i zabicie wodza Trzeciej Rzeszy. Niezbyt wyraźną kopię odpisu tego dokumentu (jego oryginał znajduje się w Archiwum Państwowym w Gdańsku) można zobaczyć w Internecie na forum głównym „Odkrywcy” w części poświęconej zamachowi pod Zblewem.
„Gryf Pomorski” wyparł się tej akcji?

Do jakiej organizacji należeli partyzanci, którzy przeprowadzili ten zamach? W grę wchodzą dwie: Armia Krajowa lub ideowo zbliżony do Narodowej Demokracji „Gryf Pomorski”. O tym, że była to ta druga, przekonany był Stanisław Majewski, który – jak napisał w „Polityce” – przyjaźnił się z dowódcą „Szyszek”, podczas wojny kapitanem, a po wojnie majorem Wojska Polskiego Janem Szalewskim. Tymczasem na fachowo wykonanych stronach internetowych poświęconych „Gryfowi Pomorskiemu” nie tylko nie ma mowy o akcji pod Strychem, ale również w spisach konspiratorów tej organizacji nie pojawiają się nazwiska oficerów wymienionych przez Liegmanna i Majewskiego. Czyżby „Gryf Pomorski” wyparł się tej akcji?

Jeśli tak, to nie tylko tej, która zaowocowała wykolejeniem pociągu Königsberg-Berlin. Bo oto w „Szlakach pomorskich kolejarzy” czytamy również: „Podobną akcję przeprowadzono 21 czerwca koło miejscowości Kaliska. W czasie ostrzeliwania wykolejonego transportu wojskowego zginęło sporo hitlerowskich żołnierzy, zniszczono sprzęt. Poległo też 4 partyzantów”.
O tej akcji mowa jest także we wspomnianym ogłoszeniu oferującym ćwierć miliona marek za wskazanie sprawców wykolejenia pociągu pospiesznego. Zrazu było to 100 tys. marek, ale gdy w nocy z 20 na 21 czerwca 1943 roku o godzinie 2.10, na tej samej linii kolejowej i niemal w tym samym miejscu co dwa tygodnie wcześniej, wykolejono transport wojskowy, Niemcy podnieśli nagrodę do 250 tys. marek uważając, że w tym rejonie okręgu Danzig-Westpreussen mogli tego dokonać ci sami sprawcy. Melchior Wańkowicz w reportażu historycznym „Walczący GRYF” uznał, że byli to żołnierze Armii Krajowej, chociaż wiemy, że „Gryf Pomorski” w 1942 roku nie był częścią AK.

W literaturze wspomnieniowej funkcjonuje relacja o innej jeszcze próbie zniszczenia pociągu specjalnego Hitlera, podjętej w 1943 roku. I tu nie ma już wątpliwości. Za przedstawioną niżej próbą zamachu stała AK. Zamach na zakręcie

W ciemnościach tamtej wiosennej nocy zauważyli najpierw przyćmione światła parowozu. Chwilę później usłyszeli pisk kół zwalniającego przed zakrętem pociągu. Nie było jednak umówionego sygnału. Co robić? – zastanawiał się dowodzący akcją Józef Lewandowski („Jur”). Przez głowę przebiegła mu zapewne myśl, że akcja musi przebiegać tak, jak została zaplanowana. Jeśli wtajemniczony w sprawę dróżnik nie dał umówionego sygnału, to najprawdopodobniej przed pociągiem specjalnym Hitlera skierowano na tę trasę inny. Rzeczywiście, po kilkunastu sekundach przed ukrytymi w zagajniku zamachowcami przetoczył się pociąg towarowy. Czekamy! – rozkazał „Jur”. Ten zamach na pociąg „Brandenburg” przygotował zespół bydgoskiego „Zagra-linu”, specjalnego oddziału dywersyjnego Komendy Głównej Armii Krajowej. W skład tego elitarnego oddziału, którego celem było dokonywanie aktów sabotażu i dywersji w Niemczech i na ziemiach polskich włączonych do Rzeszy, wchodzili żołnierze doskonale władający językiem niemieckim i zdecydowani na wszystko.

Zamachy właściwie terrorystyczne

„Zagra-lin” zasłynął zwłaszcza z trzech akcji dywersyjnych, a właściwie terrorystycznych, które odbiły się głośnym echem w prasie hitlerowskiej. Były to zamachy bombowe przeprowadzone późną zimą i wczesną wiosną 1943 roku na dwóch berlińskich dworcach: S-Bahnhof Friedrichstrasse obsługującym ruch miejski i podmiejski oraz na głównym dworcu kolejowym Friedrichstrasse Bahnhof, a także na dworcu głównym we Wrocławiu (Breslau Hauptbahnhof). W tych trzech zamachach bombowych zginęło w sumie 54 Niemców, a ponad stu odniosło cięższe lub lżejsze obrażenia. Uczestniczący w tych akcjach otrzymali wysokie odznaczenia bojowe, w tym krzyże Virtuti Militari. Wśród odznaczonych tym krzyżem był Józef Lewandowski, zastępca dowódcy „Zagra-linu” Bernarda Drzyzgi. „Jur” uczestniczył we wszystkich trzech zamachach bombowych na niemieckie dworce kolejowe i w kilku innych akcjach „Zagra-linu”. Urodził się bowiem w Berlinie i znakomicie znał język niemiecki. Mieszkał zaś w Bydgoszczy, gdzie utrzymywał wiele towarzyskich kontaktów z Niemcami, w tym również z tymi, którzy zajmowali eksponowane stanowiska we władzach hitlerowskich. I właśnie późną wiosną 1943 roku „Jur” dowiedział się od oficera SS Rudolfa Teschkego, że za dwa dni ma przyjechać do Brombergu (Bydgoszczy) lub tylko przejeżdżać przez to miasto Adolf Hitler.

Wtajemniczono najbardziej zaufanych kolejarzy

Decyzja o przeprowadzeniu zamachu zapadła błyskawicznie. Nie było czasu na konsultacje z przełożonymi z Komendy Głównej AK. Zresztą „Zagra-lin” dysponował dużą samodzielnością w przeprowadzaniu różnych akcji dywersyjnych. Nie wiemy, czy „Jur” pomyślał, że zabicie Hitlera w zamachu na jego pociąg spowoduje krwawą zemstę Niemców. W każdym razie pociąg Führera postanowiono wysadzić w powietrze dwoma silnymi ładunkami wybuchowymi, zakopanymi pod torami na głębokości około 40 centymetrów w odległości około 20 metrów jeden od drugiego. Ładunki te wraz z zapalnikami zostały połączone przewodem elektrycznym. Wybrano również miejsce zamachu, znajdujące się w odległości 8 kilometrów od Bydgoszczy, a właściwie od dworca Bromberg Hauptbahnhof. Na tym odcinku linia kolejowa, wiodąca w pobliżu gęstego zagajnika, skręcała. W przygotowania do tej akcji wtajemniczono także najbardziej zaufanych kolejarzy, będących członkami konspiracji, w tym polskiego dróżnika pełniącego służbę na przejeździe kolejowym w odległości 9 kilometrów od Bydgoszczy, a więc kilometr od przewidywanego miejsca zamachu. To on miał dać umówiony sygnał, gdy pociąg specjalny minie ten przejazd.
W ostatniej chwili Hitler zmienił plany…

Co było dalej, już wiemy. Około godziny 22 zamachowcu zauważyli światła nadjeżdżającego pociągu, ale nie było sygnału od dróżnika. Przepuścili więc pociąg towarowy i pełni napięcia czekali jeszcze prawie godzinę. Ale pociąg specjalny się nie pojawił. „Jur” odwołał zatem stan alarmowy i zamachowcy wycofali się. Wkrótce Lewandowski dowiedział się od bydgoskich Niemców, że w ostatniej chwili Hitler zmienił plany…

Józef Lewandowski, który zmarł 1 września 1976 roku, nie zostawił w swej relacji dokładnej daty próby zamachu pod Bydgoszczą. Z kontekstu wynika tylko, że było to na krótko przed rozwiązaniem „Zagra-linu”, co nastąpiło latem 1943 roku. Nie jest więc dzisiaj możliwe ustalenie, czy w tym właśnie dniu pociąg specjalny Hitlera pojawił się na którejś z tras łączących Berlin z Prusami Wschodnimi. Również w 1976 roku zmarł Jan Szalewski, dowódca „Szyszek”. Natomiast końca wojny nie doczekał Stanisław Lesikowski. Zginął na szubienicy w Stutthofie w połowie 1944 roku.

Leszek Adamczewski

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s